Artykuł Jacka Aleksandra (frag.)


"Najlepszy przyjaciel pijaka"
Saturday Evening Post, kwiecień 1950
Jack Alexander

 

Dziewięć lat temu Post opublikował artykuł o wówczas mało znanej grupie o nazwie Anonimowi Alkoholicy.


Od tego czasu ci samonaprawiający się mężczyźni – i kobiety – zdołali wyrwać z nałogu zaskakującą liczbę największych pijaków Ameryki.
Oto jak tego dokonują.

 

Gdy rolnik z hrabstwa Aroostook w stanie Maine oznajmia, że zamierza upiec ciasto, należy to rozumieć w sposób metaforyczny. Mówiąc to, daje do zrozumienia, że znudziła go samotność rozległych ziem hrabstwa Aroostook, jego najsłynniejszy produkt – ziemniaki – i życie w ogóle; a dla ulgi w tej nudzie zamierza urządzić sobie pijacką libację na ekstrakcie waniliowym. Aby zdobyć alkohol, musiałby pokonać nawet sto mil przez zasypane śniegiem lub rozjeżdżone drogi, by dotrzeć do miasteczka, gdzie nie obowiązuje prohibicja lokalna. Dlatego popija wanilię, bogatą w alkohol, gdyż można ją łatwo i legalnie kupić w każdej ilości w najbliższym sklepie spożywczym. Sklepy w miejscowościach objętych prohibicją zazwyczaj robią świetny interes na sprzedaży wanilii rolnikom skłonnym do alkoholowych ekscesów. Jednak w ostatnim czasie dziwna społeczność znana jako Anonimowi Alkoholicy zapuściła korzenie w hrabstwie Aroostook, co wyraźnie wpłynęło na sprzedaż wanilii.


— Nie uwierzyłbyś, Ned — skarżył się pewnego szarego listopadowego dnia sklepikarz podróżnemu sprzedawcy — ale sprzedaż wanilii prawie wróciła do normy.

Wpływ Anonimowych Alkoholików na społeczność nie zawsze jest aż tak widoczny, lecz wypełniają oni swoją misję całkiem skutecznie. Jak dziś niemal każdy wie, ich celem jest pomaganie zatwardziałym pijakom w rzuceniu alkoholu. Pomoc ta udzielana jest wyłącznie przez alkoholików, którzy – stosując się do określonego programu życia – zdołali powstrzymać własne destrukcyjne picie. (Członkowie A.A. nigdy nie nazywają siebie „byłymi alkoholikami”, bez względu na długość trzeźwości, gdyż wierzą, że ich skłonność do alkoholizmu jest nieusuwalna i zawsze mogą popaść w nawrót.)

W ostatnich latach Anonimowi Alkoholicy rozszerzyli swój wpływ za granicę, a jednym z ich najbardziej oddanych członków jest honorowy sekretarz grupy dublińskiej. Absolwent Sandhurst i weteran dwudziestu sześciu lat służby w armii brytyjskiej, nadal jest pamiętany w niektórych częściach Bliskiego Wschodu ze względu na swoje wybitne dokonania… przy butelce. Obecnie abstynent, utrzymuje się z emerytury majora oraz zysków z niewielkiego biznesu detalicznego. Jak każdy wierny członek A.A., poświęca sporą część wolnego czasu na ratowanie innych pijaków przed nałogiem – aby sam nie wpaść z powrotem w sidła alkoholu.

 

Honorowy sekretarz to człowiek niewielu słów, ale prowadzi szeroką korespondencję w ramach wspólnoty. Jego listy, znane ze swej elokwentnej powściągliwości, są cenione przez amerykańskich A.A. i krążą po spotkaniach. Jeden z jego bardziej fascynujących raportów, otrzymany w październiku, opisywał misję do Cork, na którą udał się wraz z innym członkiem A.A. Celem wyprawy było niesienie radosnej nowiny o wolności każdemu, kto mógłby być tam pijany i nieodpokutowany, oraz wsparcie lokalnej grupy, która nie wykazywała większych oznak życia.

 

Oto chronologiczna relacja honorowego sekretarza:
20:00 Przewodniczący i ja siedzimy sami.
20:05 Przybywa jedna kobieta – niealkoholiczka.
20:15 Przybywa jeden mężczyzna.
20:20 Członek z hrabstwa Cork przychodzi powiedzieć, że nie może zostać, bo jego dzieci zachorowały na odrę.
20:25 Kobieta wychodzi.
20:30 Przybywa dwóch kolejnych mężczyzn.
20:40 Dochodzi jeszcze jeden mężczyzna i decyduję, że zaczynamy.
20:45 Pierwszy przybyły mężczyzna oświadcza, że musi wyjść się napić.
20:50 Wraca.
20:55 Przybywa trzech kolejnych.
21:10 Pojawia się kolejna kobieta, podtrzymywana przez towarzysza, rozgląda się szklanym wzrokiem, zgarnia trochę ulotek i chwiejnym krokiem odchodzi.
21:30 Przewodniczący i ja kończymy mówić.
21:45 Niechętnie żegnamy nowych członków, którzy wydają się bardzo zainteresowani.

 

Podsumowując, sekretarz napisał:
„Noc grozy na początku, potem poszło całkiem dobrze. Myślę, że mają niezłe perspektywy, gdy już wszystko się rozkręci.”

 

Dla sceptyka optymizm honorowego sekretarza, pomimo początkowego rozczarowania, może brzmieć naiwnie. Dla tych, którzy są już w wspólnocie i wiedzą, jak powolny i chaotyczny bywa rozwój lokalnych grup A.A. na początku, była to po prostu uzasadniona nadzieja. Przez pierwsze lata od powstania w 1935 roku ruch Anonimowych Alkoholików rozwijał się z trudem. Ponieważ ratowanie innych pijaków jest kluczowe dla utrzymania trzeźwości już uratowanych, pierwsze garstki członków przeżywały niełatwe chwile. Setki tysięcy pijaków włóczyło się po świecie w pełnym upojeniu, ale niewielu zatrzymywało się, by posłuchać.

 

Sześć lat po założeniu ruchu, gdy ten magazyn po raz pierwszy mu się przyjrzał (Post, 1 marca 1941), liczba członków ledwo przekroczyła 2000 – i to licząc wszystkich, nawet tych, którzy wciąż wydzielali alkoholowe opary. Od tamtej pory to niewielkie zjawisko urosło do rozmiarów znacznie większych.

 

Dziś oficjalna liczba członków przekracza 90 000. Ilu z nich faktycznie utrzymuje trzeźwość, pozostaje kwestią domysłów. Ruch ten nie ma bowiem centralnego kierownictwa, jego działalność przypomina wieczny alarm pożarowy, a nikt nie ma czasu na prowadzenie ewidencji. Szacuje się, że około dwóch trzecich członków jest trzeźwych od sześciu miesięcy do piętnastu lat, a reszta ma okresy abstynencji na tyle długie, by przynajmniej utrzymać pracę.

 

 

Nie sposób ignorować faktów: 90 000 pijaków, którzy stali się produktywnymi obywatelami, to olbrzymia wartość. W kategoriach ludzkich osiągnięcia Anonimowych Alkoholików to jedno z niewielu naprawdę budujących wydarzeń w tym dość ponurym i niszczycielskim półwieczu...

Cały artykuł dostępny w sklepie AA